Posiadaczem traktatu stałem się w wieku lat 20, a nabyłem go, by się nauczyć techniki osiągania szczęścia. Czułem się nieszczęśliwy, istniały sprawy zatruwające życie. Lektura oczywiście nic mi nie dała. Ale nie żal było wydanych na zakup pieniędzy ani czasu, jaki pochłonęło studiowanie „suchego” tekstu. Zachwycił mnie styl, wzorowany chyba na rozprawach Arystotelesa; gruby tom wydał mi się zbiorem aforyzmów. Czytanie z ołówkiem w ręku nie miałoby sensu, gdyż podkreślić należałoby wszystko.
Nie strzegłem zazdrośnie cennej książki, podsuwałem ją innym. W przekonaniu, że bardzo na tym skorzystają, zabiegałem, by się z nią zapoznali. Tok mojego myślenia: najpierw skorzystałem ja, potem skorzystają oni, a koniec końców ja skorzystam dodatkowo, zyskując partnerów do pasjonującej dyskusji.
Ci inni to mój kolega Jurek i kuzynka Anka. Jurek, absolwent wydziału fizyki na uniwersytecie, energiczny, przedsiębiorczy, umiejący zarobić. Studentka medycyny Anka jeszcze nie zarabiała, smykałki do interesów nie zdążyła ujawnić, ale z Jurkiem mogliby podać sobie ręce. Oboje zdolni i aktywni. Czy trzeba więcej, by osiągnąć szczęście? Zdolności umysłowe i aktywność życiowa, wystarczające czynniki szczęścia. Oboje zapowiadali się na ludzi szczęśliwych, ba, już byli szczęśliwi; panowali nad swym życiem – wystarczy. I takim właśnie jednostkom podsuwałem Tatarkiewicza. Nie chcieli czytać, wykręcali się, gdy proponowałem wypożyczenie. Zasłaniali się brakiem czasu. „Będzie leżała nie czytana”, taka była odpowiedź jego i jej.
Ludzie szczęśliwi, nie zaprzątający sobie głowy szczęściem w teorii i ja, teoretyk, człek niezbyt szczęśliwy i skłonny do filozofowania, wałkowania całej tyczącej szczęścia problematyki.
Po raz drugi przeczytałem Tatarkiewicza, gdym przekroczył sześćdziesiątkę, już tym razem nie szukając w nim recepty na szczęście. Wiedziałem, iż szczęśliwa jest sama okoliczność, że książka mnie pociąga i pozwoli mi pogrążyć się w lekturze na tyle głęboko, aby zapomnieć o niewesołym życiu.
Pierwsza lektura książki O szczęściu nie mogła mnie uszczęśliwić, bo szukałem w niej sposobu dostąpienia szczęścia. Właśnie dlatego. Dopiero gdym zwątpił w praktyczną pomoc filozofa i zacząłem czytać go jako twórcę kapitalnych sentencji, odczułem wyborny smak tej lektury. Wniosek? Nie szukajmy w literaturze pocieszenia, czytajmy bezinteresownie, a znajdziemy przyjemność; może nawet poczujemy się szczęśliwi.
W trakcie drugiego czytania zwrócił moją uwagę następujący fragment: „Ludzi starożytnych, a w szczególności Greków, zwykliśmy wyobrażać sobie jako szczęśliwych optymistów o niezmąconej pogodzie ducha, zadowolonych z życia i chwalących życie. Ale wyobrażenie takie jest wymysłem nowożytnym; dawne świadectwa zadają temu kłam.”
A więc Grecy, wbrew temu, co głosi powierzchowny pogląd, czuli się nieszczęśliwi. Czy tak, panie profesorze? No, ale skąd o tym wiemy? Z pisemnych przekazów. Wiemy, bo owe pesymistyczne przekonania zostały przez Greków utrwalone na piśmie. Otóż to. Ktoś, komu chce się pisać, nie jest całkiem nieszczęśliwy. Prawdziwe nieszczęście to zarazem milczenie.
Chce mi się nie tylko czytać Tatarkiewicza, chce mi się omawiać traktat Tatarkiewicza, krócej: Traktatkiewicza – o! chce mi się nawet dowcipkować, tworzyć kalambury. Nie jest ze mną tak źle.
Antoni Kawczyński












