W ostatnich dniach mieszkańcy mogli się przekonać, jak sprawnie (?) działają miejskie spółki komunalne w Pułtusku; to co wydobywało się z kranów jest absolutnym dramatem. Powraca z pełną mocą pytanie, czy miasto naprawdę kontroluje sytuację? Do spółki dostarczającej ciepło, która ledwo zipie, dołączyła z przytupem spółka zaopatrująca miasto w wodę. Niezmiennie wraca temat Eco Pułtusk – opłaty za wywóz śmieci rosną, gmina wciąż dokłada bo system gospodarki odpadami nieustannie się nie domyka finansowo, a żadne prywatne firmy z zewnątrz absolutnie nie są brane pod uwagę, bo... mamy od tego spółkę Eco!
Radny Adam Prewęcki usilnie próbuje ustalić, czy własna spółka komunalna spełnia warunki do otrzymywania wielomilionowych zleceń bez przetargu. W lutym 2026 radny zwrócił się do burmistrza z pytaniem, czy gmina faktycznie weryfikuje spełnianie przesłanek tzw. zamówień "in-house". Wyjaśniamy to tajemnicze hasło: chodzi o szczególny tryb przewidziany w art. 214 ustawy Prawo zamówień publicznych, pozwalający samorządom zlecać zadania własnym spółkom bez organizowania otwartego przetargu. Przepis stawia jednak konkretny warunek: co najmniej 90 proc. działalności takiej spółki powinno być wykonywane na rzecz gminy kontrolującej.
Z odpowiedzi Burmistrza, udzielonej w połowie marca wynika niestety coś bardzo niepokojącego. Urząd przyznał bowiem, że po prostu "...przyjmuje oświadczenia składane przez wykonawcę" i "nie ma podstaw do podważania ich treści", dodając, że nie wykonywano własnych analiz ani wyliczeń potwierdzających spełnienie przesłanek ustawowych. To oznacza, że gmina — przynajmniej według oficjalnej odpowiedzi — w praktyce opiera się wyłącznie na deklaracjach samej spółki.
Po pierwsze: brak obowiązku szczegółowych analiz nie oznacza braku odpowiedzialności
Burmistrz wskazuje, że ustawa o zamówieniach publicznych nie nakazuje sporządzania szczegółowych analiz. Formalnie to prawda — przepisy nie mówią wprost o obowiązkowym raporcie czy audycie. Jednak zgodnie z zasadami gospodarowania środkami publicznymi, wynikającymi m.in. z art. 44 ustawy o finansach publicznych, wydatki publiczne mają być dokonywane w sposób "celowy i oszczędny", z zachowaniem zasady uzyskiwania najlepszych efektów z danych nakładów. To właśnie tutaj pojawia się największy problem. Jeżeli miasto co roku zleca zadania własnej spółce bez przetargu, powinno przynajmniej posiadać rzetelną dokumentację potwierdzającą, że ta działa zgodnie z prawem i w interesie mieszkańców.
Po drugie: "in-house" nie może być sposobem na omijanie konkurencji
Tryb "in-house" miał być wyjątkiem, a nie zasadą. Tymczasem w wielu samorządach w Polsce stał się wygodnym mechanizmem pozwalającym omijać konkurencyjne przetargi. W praktyce oznacza to, że mieszkańcy często nie wiedzą czy prywatna firma wykonałaby dane zadanie taniej lub sprawniej. Nie dochodzi bowiem do realnego porównania ofert.
W przypadku gospodarki odpadami problem jest szczególnie istotny, bo koszty systemu bezpośrednio przekładają się na wysokość opłat ponoszonych przez mieszkańców. Jeżeli gmina nie analizuje rynku i nie porównuje kosztów, trudno mówić o pełnej realizacji zasady gospodarności.
Po trzecie: spółki komunalne wymagają większej transparentności
Miejskie spółki działają jako zwykłe spółki z o.o., ale obracają publicznymi pieniędzmi i wykonują zadania ważne dla mieszkańców. Dlatego mieszkańcy mają prawo wiedzieć, jak są zarządzane, kto podejmuje decyzje i na jakiej podstawie wydawane są miliony złotych z miejskiego budżetu. Od lat wokół miejskich spółek pojawiają się pytania o przejrzystość. Dotyczy to zwłaszcza sposobu powoływania prezesów i członków rad nadzorczych. Co stoi na przeszkodzie zorganizowania otwartych konkursów, publicznych naborów i określenia jasnych kryteriów wyboru? Czy ktoś w Pułtusku pamięta ogłoszony konkurs na stanowisko prezesa miejskiej spółki? Dla wielu mieszkańców osoby trafiające do zarządów i rad nadzorczych wyglądają raczej na ludzi "wyciąganych z kapelusza" niż wybieranych w przejrzystej procedurze.
Tygodnik Pułtuski już kilka razy opisywał problem braku transparentności w spółkach komunalnych. Przytaczaliśmy także raporty Najwyższej Izby Kontroli dotyczące podobnych spółek w innych miastach. NIK wskazywała tam m.in. brak realnego nadzoru właścicielskiego, nieprzejrzyste powołania władz spółek, brak analiz ekonomicznych czy zawieranie kolejnych umów bez rzeczywistej kontroli kosztów. Problem polega na tym, że wiele z tych opisów zadziwiająco przypomina sytuację, którą mieszkańcy obserwują dziś w Pułtusku.
Prawo daje mieszkańcom możliwość pytania o wydatki, umowy i sposób działania spółek komunalnych.
Sam fakt, że spółka działa jako "spółka z o.o.", nie oznacza jeszcze, że może chować się przed społeczną kontrolą. Jeśli wykonuje zadania publiczne i utrzymuje się z publicznych pieniędzy, mieszkańcy mają pełne prawo oczekiwać jawności.
Pytanie radnego Prewęckiego dotyczy więc czegoś więcej niż jednej odpowiedzi urzędu. To pytanie o kierunek, w którym zmierza miasto. Bo Pułtusk coraz bardziej przypomina statek płynący we mgle w stronę skał. Na pokładzie wciąż słychać zapewnienia, że wszystko jest pod kontrolą, na mostku przybywa kapitanów, wszyscy poklepują się po plecach i wychwalają własne sukcesy - jednak mieszkańcy coraz częściej i głośniej pytają: czy ktoś jeszcze sprawdza mapę i trzyma rękę na sterze?
ZCZ











