Dobrze zrobiłam.
Byłam spokojna, że będę pod opieką medyczną cenionego lekarza, bo bałam się tej operacji jak diabeł święconej wody, chociaż córka tłumaczyła: "Mamo toż to nie operacja na otwartym sercu czy mózgu...".
Co ciekawe, doktor Henryk Kwiatkowski pierwszy i jedyny zauważył przed wielu laty, podczas mojego pobytu w pułtuskim szpitalu (obchód lekarski), mój pępkowy defekt: "O, jaka piękna maleńka przepuklinka" – powiedział. A przebywałam wówczas w szpitalu z powodu zgoła innej przypadłości.
***
Z makowskim szpitalem, starym, jako rodzina, mieliśmy trochę do czynienia, o ile słowem TROCHĘ można skwitować mój poród i urodziny naszej córki. Nie wspominam go najlepiej z powodu małego zainteresowania pań położnych moim brzuchem, zalecającym mi chodzenie po korytarzu, co czyniłam, aż do... ustąpienia bólu. Potem zaczęło się... siłowe wywoływania porodu.
Mój mąż też poznał stary szpital; był tamże operowany na wyrostek robaczkowy. Przeżył, ale trochę się zestresował – pani anestezjolog nie dojechała na czas.
Tak zwane niewygody medyczne rekompensowała nam przyjaźń z drem Darkiem (Adamem) Bartuszkiem i jego śliczną żoną Jadzią.
I to by było na tyle o ludziach w białych fartuchach w starym makowskim szpitalu, chociaż nie, może jeszcze jeden incydent – zagarnięcie z mojej szafki szpitalnej dziesięciu czerwonych jak krew goździków (a rodziłam tuż przed 1 listopada).
Kiedy wyprowadzaliśmy się z Makowa, nasza córeczka była przedszkolakiem, a za oknami naszego domu (przy szkole) mury nowego szpitala już się pięły do góry. Zazdrościłam Makowianom tejże budowli, my w Pułtusku leczeni byliśmy w zabytkowym gmachu z roku 1876 i jeszcze długo czekaliśmy na nowy i nowoczesny szpital.
Aż stanął. Olbrzymi gmach z wieloma pomieszczeniami, szerokimi korytarzami, słoneczny, jasny. Ogromny. Mamy w nim lekarzy, którym ufamy i których cenimy. Mamy oddziały, których zalety podkreślają chorzy i ich rodziny.
Każdy chory chce być blisko swojego szpitala, bo szpitalna bliskość pacjenta od jego domu zmniejsza stres i powoduje lepszy nastrój.
***
Odległość szpitala makowskiego od pułtuskiego nie jest znowu tak olbrzymia, więc szybko się w nim zagnieździłam. Sprawne i miłe przyjęcie do szpitala, pierwsze wywiady medyczne i na górę... Przydział łóżka, badania, pięcioosobowy pokój, dobrze wyposażona łazienka z WC... Czysto. Spokojnie. A przede wszystkim świetna obsługa pielęgniarska (panie: Dorota Kozicka – pielęgniarka odcinkowa, Joanna Wiśniewska, oddziałowa – Halina Bobińska oraz inne). Obchody lekarskie przebiegające w miłej atmosferze.
Operacja, tę sprawnie poprowadził pan ordynator Kwiatkowski, usłyszałam, że przepuklina nieduża. Tuż po zabiegu opieka pielęgniarska, monitorowanie pacjentki, a kiedy wszystko gra i tańczy przejazd na salę pooperacyjną, gdzie monitorowanie chorych odbywa się przez 24 godziny pod bacznym okiem zmieniających się dyżurami pielęgniarek, bardzo uważnych i bardzo pomocnych, natychmiastowo uśmierzających ból, prowadzących do toalety, podtrzymujących na duszy. No i wizyta dra Kwiatkowskiego – nie pierwsza.
Wypadałoby coś powiedzieć o szpitalnym żywieniu – to bez zastrzeżeń.
Przez czas pobytu w szpitalnej sali zdążyłyśmy się nagadać o życiu, a nawet trochę pośmiać. Fajną grupę stanowiłyśmy – przepuklinowo-żylakową: Małgosia Kardaś, Ela Grzybowska, Małgorzata Augustyniak, Bożena Orzoł. Niestety, nie spotkałam, no bo jak, dyrektora szpitala Jerzego Wielgolewskiego, który przed laty, w Pułtusku, podczas wywiadu dla TYGODNIKA PUŁTUSKIEGO, obiecał, że nie odejdzie z pułtuskiego szpitala. A jak odejdzie, to powie dlaczego. Niestety, odszedł. Niestety, nie powiedział, ale osobiście się ze mną pożegnał. Nie poznał mnie dr Zbigniew Prus - anestezjolog, który spytał jedynie, czy Ela Ciszewska, pielęgniarka, to moja rodzina... Też go nie poznałam zamaskowanego na sali operacyjnej.
Co jeszcze? Ano to, że szpital nie świeci pustkami, co zauważyłam odwiedzając w sali Pułtuszczankę, Moniczkę. Dobrze było mieć bliską duszę blisko siebie.
***
PANIE ORDYNATORZE, DZIĘKUJĘ, RÓWNIE PIĘKNIE DZIĘKUJĘ PANIOM PIELĘGNIARKOM, KTÓRE PRZY MNIE CZUWAŁY W SALI POOPERACYJNEJ.
GRAża (Grażyna M. Ciszewska – Dzierżanowska)











