Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
środa, 13 maja 2026 12:56
Reklama

MIĘDZY STARYM A NOWYM SZPITALEM MAKOWSKIM

Przez kilka dni widziałam Pułtusk z makowskiej perspektywy. Ze szpitalnego łóżka. Na chirurgii. Z oddziału dra Henryka Kwiatkowskiego, Pułtuszczanina. Doświadczenie zawodowe doktora, opinia o nim licznych osób jako o złotej rączce (oraz moja osobista) powiodły mnie na operację właśnie do ordynatora Kwiatkowskiego.

Dobrze zrobiłam.

Byłam spokojna, że będę pod opieką medyczną cenionego lekarza, bo bałam się tej operacji jak diabeł święconej wody, chociaż córka tłumaczyła: "Mamo toż to nie operacja na otwartym sercu czy mózgu...".

Co ciekawe, doktor Henryk Kwiatkowski pierwszy i jedyny zauważył przed wielu laty, podczas mojego pobytu w pułtuskim szpitalu (obchód lekarski), mój pępkowy defekt: "O, jaka piękna maleńka przepuklinka" – powiedział. A przebywałam wówczas w szpitalu z powodu zgoła innej przypadłości.

***

Z makowskim szpitalem, starym, jako rodzina, mieliśmy trochę do czynienia, o ile słowem TROCHĘ można skwitować mój poród i urodziny naszej córki. Nie wspominam go najlepiej z powodu małego zainteresowania pań położnych moim brzuchem, zalecającym mi chodzenie po korytarzu, co czyniłam, aż do... ustąpienia bólu. Potem zaczęło się... siłowe wywoływania porodu.

Mój mąż też poznał stary szpital; był tamże operowany na wyrostek robaczkowy. Przeżył, ale trochę się zestresował – pani anestezjolog nie dojechała na czas.

Tak zwane niewygody medyczne rekompensowała nam przyjaźń z drem Darkiem (Adamem) Bartuszkiem i jego śliczną żoną Jadzią.

I to by było na tyle o ludziach w białych fartuchach w starym makowskim szpitalu, chociaż nie, może jeszcze jeden incydent – zagarnięcie z mojej szafki szpitalnej dziesięciu czerwonych jak krew goździków (a rodziłam tuż przed 1 listopada).

Kiedy wyprowadzaliśmy się z Makowa, nasza córeczka była przedszkolakiem, a za oknami naszego domu (przy szkole) mury nowego szpitala już się pięły do góry. Zazdrościłam Makowianom tejże budowli, my w Pułtusku leczeni byliśmy w zabytkowym gmachu z roku 1876 i jeszcze długo czekaliśmy na nowy i nowoczesny szpital.

Aż stanął. Olbrzymi gmach z wieloma pomieszczeniami, szerokimi korytarzami, słoneczny, jasny. Ogromny. Mamy w nim lekarzy, którym ufamy i których cenimy. Mamy oddziały, których zalety podkreślają chorzy i ich rodziny.

Każdy chory chce być blisko swojego szpitala, bo szpitalna bliskość pacjenta od jego domu zmniejsza stres i powoduje lepszy nastrój.

***

Odległość szpitala makowskiego od pułtuskiego nie jest znowu tak olbrzymia, więc szybko się w nim zagnieździłam. Sprawne i miłe przyjęcie do szpitala, pierwsze wywiady medyczne i na górę... Przydział łóżka, badania, pięcioosobowy pokój, dobrze wyposażona łazienka z WC... Czysto. Spokojnie. A przede wszystkim świetna obsługa pielęgniarska (panie: Dorota Kozicka – pielęgniarka odcinkowa, Joanna Wiśniewska, oddziałowa – Halina Bobińska oraz inne). Obchody lekarskie przebiegające w miłej atmosferze.

Operacja, tę sprawnie poprowadził pan ordynator Kwiatkowski, usłyszałam, że przepuklina nieduża. Tuż po zabiegu opieka pielęgniarska, monitorowanie pacjentki, a kiedy wszystko gra i tańczy przejazd na salę pooperacyjną, gdzie monitorowanie chorych odbywa się przez 24 godziny pod bacznym okiem zmieniających się dyżurami pielęgniarek, bardzo uważnych i bardzo pomocnych, natychmiastowo uśmierzających ból, prowadzących do toalety, podtrzymujących na duszy. No i wizyta dra Kwiatkowskiego – nie pierwsza.

Wypadałoby coś powiedzieć o szpitalnym żywieniu – to bez zastrzeżeń.

Przez czas pobytu w szpitalnej sali zdążyłyśmy się nagadać o życiu, a nawet trochę pośmiać. Fajną grupę stanowiłyśmy – przepuklinowo-żylakową: Małgosia Kardaś, Ela Grzybowska, Małgorzata Augustyniak, Bożena Orzoł. Niestety, nie spotkałam, no bo jak, dyrektora szpitala Jerzego Wielgolewskiego, który przed laty, w Pułtusku, podczas wywiadu dla TYGODNIKA PUŁTUSKIEGO, obiecał, że nie odejdzie z pułtuskiego szpitala. A jak odejdzie, to powie dlaczego. Niestety, odszedł. Niestety, nie powiedział, ale osobiście się ze mną pożegnał. Nie poznał mnie dr Zbigniew Prus - anestezjolog, który spytał jedynie, czy Ela Ciszewska, pielęgniarka, to moja rodzina... Też go nie poznałam zamaskowanego na sali operacyjnej.

Co jeszcze? Ano to, że szpital nie świeci pustkami, co zauważyłam odwiedzając w sali Pułtuszczankę, Moniczkę. Dobrze było mieć bliską duszę blisko siebie.

***

PANIE ORDYNATORZE, DZIĘKUJĘ, RÓWNIE PIĘKNIE DZIĘKUJĘ PANIOM PIELĘGNIARKOM, KTÓRE PRZY MNIE CZUWAŁY W SALI POOPERACYJNEJ.

GRAża (Grażyna M. Ciszewska – Dzierżanowska)


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
NAJNOWSZE EWYDANIE
Tygodnik Pułtuski nr 19
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
OtoDrobne
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama