Właśnie siedzimy w PTYSIU, wspominamy radości i smutki, nawet dramaty związane z niedawną Stasiowa przeszłością – babcia po kądzieli Agata Zalewska, Ewa Bochenek – przyjaciółka Agatki i ta, która ruszyła pułtuską ziemię z posad, oraz ja, relacjonująca w TYGODNIKU działania na rzecz zbiórki pieniężnej, bagatela, 10 milionów złotych, szczerze zatroskana o los Stasia.
- Cztery lata temu, przełom marca i kwietnia – mówi babcia Stasia – nasza akcja już trwała pełną parą.
Zbieraliśmy pieniądze na terapię genową dla Stasia, na lek, który kosztował wtedy 10 milionów i nie był refundowany w Polsce, bo później to się zmieniło.
Gonił nas czas, bo Staś musiał dostać ten lek przed osiągnięciem pewnej wagi ciała, 13,5 kg.
Pieniądze za lek były ogromne, niewyobrażalne dla przeciętnego obywatela naszego kraju. Rodzina chłopca zwróciła się więc o pomoc do ludzi dobrej woli. Koordynatorką działań była Ewa Bochenek, nauczycielka z zawodu, prężna kobieta, która na moment nie straciła nadziei na uratowanie zdrowia i życia Stasia.
Działała jak doskonale skonstruowana maszyna, a mieszkańcy Pułtuska i powiatu żywo odpowiadali na jej prośby. Pierwszy kiermasz odbył się w marcu, potem były kolejne i kolejne. A. Zalewska: - I wtedy zobaczyliśmy, do czego zdolne jest nasze miasto. Jak było zaangażowane! Ewa Bochenek: - Nie było szkoły, przedszkola, żłobka, instytucji, KGW, które by się nie włączyły do działania. Nikt nie odmawiał. Pamiętam zbiórkę pieniążków (AKCJA GROSZA), dzieci przynosiły swoje skarbonki, słoiki z pieniążkami... - Do dziś się wzruszam – dodaje Agata.
– JESTEM WDZIĘCZNA WSZYSTKIM LUDZIOM, DUŻO ICH BYŁO.
Pamiętam szkraby koleżanki Madzi, mojej córki, które przyniosły swoje oszczędności w słoiku... Ale pieniędzy wciąż było nie tyle, co trzeba. Daleka to była drogo do 10 milionów, mimo nieustannych zbiórek, licytacji, kiermaszów, akcji!
Ewa: - Ja to sobie myślałam, że Pan Bóg znajdzie taką drogę, że to się jakoś uda, a mój mąż pukał się w głowę. Na szczęście byli tacy, którzy nam szczególnie pomagali, myślę tu o panu Andrzeju Grabowskim. Dzięki niemu i jego kolegom biznesmenom zebraliśmy 196 tysięcy złotych. – Chwytaliśmy się wszystkiego, różnych zbiórek - dorzuca Agata Zalewska.
Ewa: – I wciąż nie traciłyśmy nadziei, że coś się wydarzy, że jeszcze ktoś musi nam pomóc. Tymczasem, mimo pospolitego ruszenia, na koncie Stasia daleko jeszcze było do półtora miliona złotych.
I nadszedł cud. Odezwał się do taty Stasia, Krzysztofa, młody mężczyzna, Polak mieszkający w Niemczech. Właśnie obejrzał program telewizyjny, z którego poznał historię chłopca z Polski. Zaproponował pomoc.
Agata: - Pomimo dalszej zbiórki w mieście i powiecie, zaczęła się procedura w Niemczech. Wiele zabiegów, spełnianie warunków dających pomoc medyczną Stasiowi.
Ewa: - Sprzątałam, kiedy zadzwonił telefon. Agata spytała, czy siedzę czy chodzę. Powiedziałam, że chodzę, a ona, żebym usiadła. I powiedziała: "Stasiu dostanie za tydzień lek." Zdrętwiałam, a potem napisałam dwa wiersze, do tomiku poezji dla Stasia, wiele już ich miałyśmy od Pułtuszczan i mieszkańców powiatu. Ile ja miałam w sobie radości!!!
I takie było szczęście – 29 lipca Staś dostał swoją dawkę leku, jednorazową, w kroplówce. W szpitalu w Berlinie, gdzie pracowała neurolog, Polka z pochodzenia. Dziecko nie miało jeszcze roku. A potem były tylko kontrole i ciągła rehabilitacja już w kraju.
– Wszystko nam sprzyjało – mówi Ewa. – Po roku kontrolnych wizyt, leczenie w Berlinie było zakończone. Potem było kolejne zmartwienie, Staś długi czas nie mówił.
A obecnie?
– Madzia się śmieje, że Staś otwiera oczy i zaczyna mówić, a zamykając je, dopiero przestaje – śmieje się babcia.
Staś Pucek jest już przedszkolakiem, uczęszcza do przedszkola integracyjnego w Nasielsku, ma nauczycielkę wspierającą, ciocię Anię. Jest wesołym, ciekawym wszystkiego chłopcem. Potrafi rozśmieszyć. Dziadkowi Pawłowi, który nigdy nie tracił nadziei na ratunek dla wnuka, powiedział, wręczając mu prezent i składając życzenia: "Proszę. Dziękuję. I nie ma za co".
Zebrane środki pieniężne znajdują się na koncie Stasia, dzięki nim chłopiec poddawany jest ciągłej rehabilitacji i zajęciom zalecanym przez terapeutów, przyjmuje też lek w formie syropu, refundowany.
Podkreślmy, kilka tygodni temu zrobił pierwsze kroki. Ostrożnie, bo Staś jest bardzo ostrożny. To tyle, bez wchodzenia w szczegóły, szczególnie medyczne i podawania nazwisk tych, którzy byli w środku charytatywnych działań. Było ich tyle, co kamieni na rynku!
Grażyna Maria Dzierżanowska











