Nowi lokatorzy wprowadzają się do wyremontowanego budynku dawnych koszar przy ul. Tysiąclecia.
Swoją drogą Pułtuszczanie mogą być dumni z tej inwestycji – to najprawdopodobniej najdroższe mieszkania komunalne na Mazowszu, a może i w Polsce. Budynek, który przez lata niszczał, dziś oferuje 63 lokale komunalne. Jednak "diabeł tkwi w szczegółach": to, co na pierwszy rzut oka wygląda na porządek i ład w organizacji przestrzeni otaczającej budynek, z perspektywy kierowcy i mieszkańca stanie się komunikacyjnym torem przeszkód. W kwestii zaprojektowania organizacji ruchu i parkingów przy Tysiąclecia zrealizowano scenariusz oparty o porzekadło "tak mały Jasio widzi świat"...
Zapewnienie miejsc postojowych dla mieszkańców to ustawowy obowiązek zarządcy i inwestora. Przy ul. Tysiąclecia, gdzie powstało ponad 60 mieszkań, jest oczywiste: ludzie muszą gdzieś parkować swoje samochody. Wiadomo nie od dziś, że w podwórkowym tle jednego lokalu mieszkalnego pojawiają się często nawet dwa auta. Tymczasem rzeczywistość "zgrzyta" już na samym wjeździe.
Poza ogrodzeniem terenu wyznaczono zaledwie 10 miejsc parkingowych. Dla budynku o takim zagęszczeniu lokatorów to kropla w morzu potrzeb. Prawdziwe "atrakcje" czekają jednak za szlabanem, wewnątrz strefy zamieszkania.
Zakaz zatrzymywania się, czyli jak utrudnić życie mieszkańcom.
Zarządca terenu, chcąc chyba wykazać się nadzwyczajną dbałością o bezpieczeństwo, postawił przy budynku znak B-36 (zakaz zatrzymywania się). Zgodnie z wytycznymi Ministerstwa Infrastruktury, znak ten powinien być stosowany tylko tam, gdzie "nawet chwilowe unieruchomienie pojazdu może spowodować pogorszenie płynności ruchu". Czy zamknięty, osiedlowy dziedziniec z ruchem uspokojonym to taka arteria? Oczywiście, że nie. Efekt? Każdy mieszkaniec, który podjedzie pod klatkę schodową, by wysadzić starszą, schorowaną osobę, niepełnosprawne dziecko czy po prostu wypakować ciężkie zakupy, formalnie popełni wykroczenie. Znak B-36 nie uznaje wyjątków na "dwie minuty". W ten sposób projektant, zapewne pod płaszczykiem przepisów przeciwpożarowych, stworzył barierę nie do przejścia dla osób o ograniczonej mobilności.
Co ciekawe, sama strefa zamieszkania (znak D-40) już teraz wystarczająco reguluje te kwestie – zakazuje postoju poza miejscami wyznaczonymi, ale pozwala na chwilowe zatrzymanie. Zakaz zatrzymywania w tym miejscu to po prostu absurdalna nadgorliwość. Rozporządzenie Ministra Infrastruktury podaje dla zakazu zatrzymywania bardzo czytelne wskazania:
znak B-36 jako bardzo uciążliwy dla kierujących powinien być umieszczony jedynie w niezbędnych, uzasadnionych warunkami ruchu przypadkach. Zasadą powinien być ograniczony czas obowiązywania znaku. Ograniczenie zatrzymywania się powinno dotyczyć tylko godzin największego natężenia ruchu. Znak B-36 powinien być stosowany przede wszystkim w miastach, na ulicach układu podstawowego, prowadzących komunikację zbiorową autobusową lub trolejbusową oraz na wąskich ulicach dwukierunkowych o dużym natężeniu ruchu.
"Inwalidzkie" miejsca, czyli fuszerka za tysiące.
Jeśli myśleli Państwo, że to koniec, to spójrzmy na wyznaczone na terenie zamkniętym miejsc postojowych dla osób niepełnosprawnych. Wyznaczono ich pięć – w grupach po dwa i trzy stanowiska. I tutaj znów zaczynają się schody, a właściwie metry.
Zgodnie z Rozporządzeniem w sprawie warunków technicznych dla budynków i ich usytuowania, miejsce postojowe dla osoby niepełnosprawnej musi mieć wymiary minimum 3,6 x 5 m metrów. Tymczasem przy Tysiąclecia wykonano "koperty" o szerokości standardowych miejsc, czyli około 2,5 metra. Brak również wymaganego niebieskiego tła, choć w tej sytuacji to mniejszy problem. Kluczowa jest szerokość. Miejsce dla inwalidy jest szersze po to, by osoba na wózku mogła swobodnie otworzyć drzwi na oścież i dokonać transferu z fotela na wózek. Przed budynkiem na Tysiąclecia, wykonane za publiczne pieniądze oznakowanie jest nie tylko niefunkcjonalne, ale po prostu sprzeczne z jasno określonymi warunkami prawnymi i normami – krótko mówiąc: nielegalne.
Gdzie podziały się "zwykłe" miejsca?
Na całym ogrodzonym terenie nie wyznaczono ani jednego miejsca postojowego dla osób pełnosprawnych. Każdy kierowca bez "niebieskiej karty", który zaparkuje za szlabanem, złamie prawo. Dlaczego nie ma tak zwanych "zwykłych" miejsc postojowych? Odpowiedź kryje się w przepisach prawa budowlanego, ustalających odległości miejsc postojowych od okien pomieszczeń przeznaczonych na stały pobyt ludzi w budynku zamieszkania zbiorowego.
Parking powyżej 10 stanowisk musi być oddalony od okien budynku o co najmniej 10 metrów – poniżej 10 miejsc postojowych odległość musi wynosić minimum 7 m. Na wąskim dziedzińcu dawnych koszar projektant najwyraźniej uznał, że brak jest na to miejsca. Zarządca stanął przed dylematem: samochody pod oknami (które "smrodzą i warczą" (jak mówią jedni) kontra wygoda dojazdu pod budynek (o którą walczą drudzy). Wybrano rozwiązanie najgorsze z możliwych – nie wyznaczono niemal nic, a to, co wyznaczono, zrobiono błędnie.
Apel do pani burmistrz i zarządu TBS.
Dzisiejszy stan oznakowania przy ul. Tysiąclecia to podręcznikowy przykład ignorancji. Błędy w oznakowaniu pionowym i poziomym już dziś kwalifikują się do nałożenia mandatu w trybie art. 85a Kodeksu wykroczeń. Przepis ten mówi jasno: kto narusza przepisy dotyczące sposobu znakowania dróg wewnętrznych, podlega karze grzywny. Pytamy zatem: kto dokonał odbioru zgodności tej organizacji z przepisami ruchu? Gdzie był nadzór ze strony Urzędu Miejskiego lub TBS? Poprawienie tych błędów będzie kosztować zapewne kilka tysięcy złotych z publicznej kasy. To pieniądze wyrzucone w błoto przez brak elementarnej wiedzy osób odpowiedzialnych za inwestycję.
Apelujemy do pani burmistrz: czas najwyższy skończyć z parkingową partyzantką. Mieszkańcy nowych lokali komunalnych to nie tylko pozycje w statystykach "sukcesów inwestycyjnych samorządu", to ludzie, którzy potrzebują żyć w otoczeniu zaprojektowanym z sensem, a nie zgodnie z czyimś widzimisię, które kłóci się z prawem budowlanym i przepisami regulującymi oznakowanie dróg. Oczywiście jest jeszcze jedno rozwiązanie – takie "po pułtusku": udawać, że nikt nie czytał krytycznych uwag z naszego artykułu, upierać się, że wszystko jest w porządku, bo przecież "przeprowadzono odbiory i w tym zakresie nie zgłaszano uwag". I wtedy będzie tak, jak zawsze: kierowcy będą lekceważyć bezsensowne oznakowanie a mundurowi funkcjonariusze nie będą interweniować. Pozostaje jednak pytanie: jak się wtedy powinniśmy odnosić do apeli Policji i Straży Miejskiej o to, aby bezwzględnie "kierujący stosowali się do znaków drogowych"?
ZCZ










