Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
piątek, 6 listopada 2026 21:49
Reklama

SŁAWNY BYŁ PUŁTUSKI CECH GARNCARZY

Stary i sławny był pułtuski cech garncarzy. Założony w roku 1455 rozwijał się przez stulecia i przysparzał rękodzielnikom chwały i majątku. Bywało, że wzdłuż rynku miejskiego siadał jeden garncarz przy drugim, nęcąc oczy przechodniów wymyślnymi kształtami dzieżek, donic, dzbanków, misternych dwojaków.
Elżbieta Romańska, córka Czesława Latoszka, która pieczołowicie dba o domową kolekcję glinianych dzieł ojca.
Elżbieta Romańska, córka Czesława Latoszka, która pieczołowicie dba o domową kolekcję glinianych dzieł ojca.

W latach 50-tych XX wieku garncarzy w Pułtusku było już niewielu. Zrzeszeni w Spółdzielni GARNCARZ pracowali dla Centrali Przemysłu Ludowego i Artystycznego roznosząc po kraju chwałę pułtuskich artystów – rękodzielników. I choć nie siadali już jeden obok drugiego wzdłuż rynku, ich dzbany, donice, popielniczki i wazony nęciły nadal swoimi wymyślnymi kształtami i szlachetną barwą nie tylko oczy Kurpianek. Urzekły swym pięknem Warszawę, miały duży zbyt w kraju, podziwiane były na wystawach polskiej sztuki ludowej za granicą.

Cytat pochodzi z tekstu PUŁTUSCY GARNCARZE, autorstwa Dagmary Pniewskiej – wnuczki garncarza Czesława Latoszka, zamieszczonego w "Sygnaturce Kolegiackiej".

***

Czesław Latoszek, zmarły w `81 roku w wieku 56 lat, to bohater mojego tekstu, a opowie mi o słynnym garncarzu i o rodzie Latoszków - z dużym talentem narracyjnym - Elżbieta Romańska, jego córka, która pieczołowicie dba o domową kolekcję glinianych dzieł ojca. To nie jest krótka opowieść, przez to wielowarstwowa, od pradziada.

Siedzimy przy stole, na którym pani Ela zgromadziła garncarskie rękodzieła, a i rodzinne zdjęcia, dzięki którym poznam niektórych przedstawicieli rodu Latoszków, garncarzy z dziada pradziada.

Garncarzem był Piotr Latoszek, Franciszek Latoszek i Czesław Latoszek. Mało tego, brat Franciszka – Władysław to też garncarz.

- Powiem szczerze, że jestem wzruszona. Przygotowanie rękodzieła mojego taty to jest wspomnienie mojego życia, właściwie od dzieciństwa. Także wyjęcie tych zdjęć z albumu, najbardziej oddających historię garncarstwa i przodków, wywołuje we mnie olbrzymie emocje; wszystko to łączy się z łezką w oku. Oto zdjęcia. To pochodzi z około 1931 roku, tu dziadek Franciszek Latoszek, który wspólnie ze swoją żoną prowadził warsztat; babcia Genowefa również uczestniczyła w pewnych czynnościach. Tutaj są ze swoimi dziećmi: oto mój tato, który, przypuszczam, miał wtedy około sześciu lat, jest też młodszy brat urodzony w `28 roku - Jerzy Latoszek, nie ma najmłodszego brata – on miał się urodzić niebawem. Po lewej stronie stoi przyrodnia siostra Henryka Latoszek. Tu mamy dom, drewniany, w którym mieszkała rodzina Latoszków przez wiele lat; został wybudowany przez pradziadka Piotra, który przybywszy do Pułtuska, zakupił tę nieruchomość przy Wspólnej 8. Z rozmów z babcią Genowefą wiem, że Piotr pochodził zza Wyszkowa, ze wsi Latoszki. I kolejne zdjęcie...

Wewnątrz tego starego domu znajdował się piec, w którym wypalano wszystkie wyroby garncarskie.

O, tu mamy zdjęcie pokazujące dziadka Franciszka wyjmującego z pieca wykonane już garnki. W mojej rodzinie na te wyroby mówiło się właśnie GARNKI. To był dom, do którego wchodziło się od podwórka do sieni, po prawej stronie znajdowały się dwie izby, dosyć duże, jak po lewej stronie. W sieni był też piec, były również schody prowadzące na strych – obrazowo opowiada pani Elżbieta, tak, że wyraźnie "widzę" ten stary drewniany dom przy Wspólnej 8.

I kolejna fotografia... - To jest zdjęcie - wskazuje pani Elżbieta – które tato przekazał swojej narzeczonej, późniejszej żonie a mojej mamie: "Dla wspomnienia i niezapomnienia ofiaruję Ci Niusieczko swoją podobiznę. Czesiek L. Pułtusk, 19 kwietnia 1948 rok". Moja mama miała na imię Henryka, ale w domu rodzinnym była nazywana Niusią, Niusieńką, a mój tato nazwał ją Niusieczką.

I jeszcze jedna fotografia: Niusieczka z Czesławem, w narzeczeństwie, też z 1948 roku. A tu jest brat taty Ryszard - z żoną i dziećmi - i cioteczny brat mego taty, Tadeusz Kędzierski, bardzo przez nas lubiany i kochany.

Franciszek Latoszek to była figura.

Pod koniec tygodnia, w sobotę po pracy, a może w niedzielę, wyszykowany na panka, jak mawiała mama pani Elżbiety, czyli w elegancki płaszcz, garnitur, białe rękawiczki, z laseczką, wybierał się do resursy, w rynku, gdzie spotykali się panowie prowadzący rozmowy, grający w bilard, w karty, może w brydża. – Oj, tu wspomnę, że mój tata dobrze grał w brydża, spotykał się w tym celu z brydżystami w Domu Nauczyciela, gdzie był klub. Grał z panem Winciunasem, z panem Kowalskim, mężem lekarki Marii Kowalskiej -Dyszlewskiej. Tata grał również z młodymi brydżystami, był dobrym partnerem.

Franciszek przysposobił do garncarskiej pracy swojego syna Czesława. Czesław był wówczas szesnastolatkiem i interesował się zawodem garncarza, ponadto chciał pomóc swojemu ojcu, który miał na utrzymaniu dwóch uczących się synów.

Jeden z braci Czesława kształcił się na nauczyciela, drugi na górnika. – Tata od młodych lat siadał za kołem garncarskim i bardzo szybko pojął tajniki sztuki garncarskiej – wykonywał na równi z moim dziadkiem tę pracę – objaśnia pani Ela.

Skąd pozyskiwano glinę? Elżbieta Romańska:– W drugiej połowie XVIII wieku ks. biskup Krzysztof Szembek ofiarował ziemię dla garncarzy pułtuskich. To były tzw. pola garncarskie, zlokalizowane blisko Pułtuska, przy Wojska Polskiego. Były jeszcze ziemie na Olszaku. Jakim transportem była ta glina przewożona, nie wiem.

Pierwszy etap jej przygotowania to było deptanie nogami, trzeba ją było wyrobić na masełko, żeby stała się elastyczna i plastyczna. Potem mój tata ugniatając tę glinę, wyrabiał z niej wałki, które kroił na odpowiednie kawałki.

Wprawiając koło w ruch prawą nogą, miał już glinę w zasięgu rąk. Maczając dłonie w naczyniu z wodą, zaczynał formować bryłę, modelował ją. Tak, przy odpowiednich ruchach dłoni, tworzył doniczki, talerze, dzbanki. Odżynał je od podstawy koła przy pomocy drucika zakończonego patyczkami. Stworzone przedmioty odnosił do suszarni, potem wstawiał do pieca, piętrami, do wypalenia drewnem. Piec zamurowywał cegłami, które w stosownym czasie wystukiwano, by otworzyć piec i wyjąć jego zawartość. Pierwsza rzecz to było białkowanie garnków, czyli polewanie czerepu białą glinką. Przedmioty pobiałkowane tata malował i pokrywał polewą. Niekiedy pędzelkiem malowany ornament uzupełniał rytowaniem, gwoździem. Dodam, że zdobnictwo charakterystyczne było dla Puszczy Białej. Naniesione ornamenty trzeba było jeszcze utrwalić, wypalając wytworzone dzieła.

Wytwarzaniem polewy zajmowała się babcia Genowefa. Była odpowiedzialna za ucieranie składników do polewy, ciężka to była praca, a ten składnik, obok innych, to był ołów. Sprzedawała też wyroby na targu, najczęściej naczynia użytkowe, jak dwojaki, pękate dzieże do kwaszenia mleka, miski i ozdobne dzbany (na bukiety). W domu na Wspólnej 8 korzystano też z form do pieczenia bab wielkanocnych, miseczek do zimnych nóżek.

Mistrz Czesław wytwarzał też miski do mycia się.

– Mama cały czas przypominała, żeby nie strącić tej miski, bo się pokruszy i tata będzie musiał robić kolejną – uśmiecha się córka Czesława. – Wytwarzał też gwizdki wydające różne dźwięki – dla dzieci, też misy do ozdabiania ścian czy tzw. galanterię, przechowywaną w witrynkach: dzbanuszki, dwojaczki, laleczki – dzwonki.

W 1979 roku państwo Latoszkowie zamieszkali w nowym domu. Wtedy to pan Czesław wykonał 50 doniczek, by posadzonymi w nich kwiatami ozdobić okna. Był już wówczas pracownikiem spółdzielni, nie dysponował własnym warsztatem. - Starczyło tych donic na 40 lat - mówi pani Elżbieta - co świadczy o tym, że glina to materiał dosyć trwały.

Kiedy domowy warsztat został zlikwidowany (powód - pan Franciszek zachorował na astmę), Czesław przeniósł się z garncarską robotą do budynku wielorodzinnego, gdzie garncarze ze Wspólnej i Rybitwi wynajęli pomieszczenie, w którym to zbudowano piec i urządzono miejsce na suszarnię.

Czesław Latoszek pracował tam z Eugeniuszem Piotrowskim i Zdzisławem Plagowskim oraz niedługo z Władysławem Latoszkiem, młodszym bratem Franciszka.

– Oni byli zrzeszeni w SPÓŁDZIELNI GARNCARZ. Pracowali dla Centrali Przemysłu Ludowego i Artystycznego. Mam takie wspomnienie dotyczące noszenia tacie posiłku, drugiego śniadania. Byłam wówczas małą dziewczynką, mój brat Włodzimierz, starszy ode mnie dwa lata, nosił teczkę, do której mama wkładała kanapki i herbatę, w lecie jeszcze pomidory. Szłam dwa kroki za bratem, byłam bardzo nieśmiałą dziewczynką, ale byłam bardzo ciekawą tego, jak wygląda warsztat i jak garncarze pracują. Urobek babcia wywoziła na wielkim wózku na targ. Mamy film z lat 60. wykonany przez Tomasza Zakolskiego.

... Kiedy warsztat został zlikwidowany, wszyscy przenieśli się do zakładu przy Wojska Polskiego.

Pan Zdzisław Plagowski przeszedł wtedy do pracy biurowej, a po iluś latach dołączył do dawnej ekipy syn pana Zdzisława, Jerzy. Co ciekawe, pułtuską grupą garncarzy zarządzała Spółdzielnia Przemysłu Ludowego i Artystycznego w Pniewie. Mój tata wyjeżdżał tam na zebrania związane z produkcją przy Wojska Polskiego – mówi E. Romańska.

Zakład przy Wojska Polskiego nie był ostatnim miejscem garncarskiej pracy Czesława Latoszka. Ale do tego, co było dalej, jeszcze powrócimy.
Grażyna M. Dzierżanowska 
 

Zdjęcie z około 1931 roku. A na nim ojciec Czesława Franciszek Latoszek, jego żona Genowefa i ich dzieci - Czesław i młodszy Jerzy. Nie ma najmłodszego brata – on miał się urodzić niebawem. Po lewej stronie stoi przyrodnia siostra Henryka Latoszek.

 

Zdjęcie Czesława Latoszka z młodości.
 

Czesław z narzeczoną.
 

Czesław Latoszek przy pracy. Zdjęcie wykonane przez Edwarda Sieńkowskiego. 
 

Córka pieczołowicie dba o domową kolekcję glinianych dzieł ojca


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama