Tuż przed wyborami samorządowymi w 2018 roku ówczesny sejm zmienił przepisy kodeksu wyborczego. Wprowadzona wtedy poprawka wprowadzała bardzo istotne ograniczenie: osoba, która została wcześniej dwukrotnie wybrana na wójta w tej samej gminie, nie ma prawa ponownie kandydować na to stanowisko. Wprowadzenie tego ograniczenia argumentowano wprost podkreślając, że "wieloletnie sprawowanie urzędu może prowadzić do powstawania szeroko rozumianych powiązań korupcjogennych, grup interesów i zależności, które niekoniecznie służą rozwojowi gminy czy miasta. Do kolejnych wyborów samorządowych jeszcze daleka droga, ale już teraz Związek Gmin Wiejskich Rzeczypospolitej Polskiej zaczął głośno mówić o zrezygnowaniu z dwukadencyjności dobitnie twierdząc: "o tym, kto ma kierować wspólnotą samorządową, powinni przede wszystkim decydować jej mieszkańcy". Związek opublikował swoje stanowisko z datą 25 września 2026 r. jako swój wkład do trwającej debaty legislacyjnej. To zresztą kolejne podejście Związku Gmin Wiejskich do tej kwestii - wcześniejsze stanowisko Związku, z listopada 2025 roku, zostało skierowane do prezydenta, marszałków Sejmu i Senatu, premiera oraz sejmowej i senackiej komisji samorządowej, a także do Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu.
Po raz kolejny widać, że Związek nie owija sprawy w bawełnę. Jego zdaniem skoro mieszkańcy co pięć lat mogą w wyborach ocenić swojego wójta czy burmistrza, to właśnie oni powinni decydować, czy chcą go wybrać po raz kolejny. Związek nie widzi powodu, żeby ustawodawca mówił mieszkańcom: "tego człowieka możecie wybrać jedynie dwa razy, nawet jeśli nadal chcecie go mieć na stanowisku wójta".
W 2029 roku może być niezła rewolucja
Sprawa jest poważna, bo obowiązujące przepisy oznaczają, że w wyborach samorządowych w 2029 roku ogromna liczba obecnych włodarzy nie będzie mogła ponownie wystartować na swoje stanowisko. Według analizy Unii Metropolii Polskich wymuszona obecnymi przepisami zmiana włodarza będzie dotyczyła około 65 proc. gmin wiejskich i 56 proc. miast. W skali całego kraju ma zostać wymienionych sześciu na dziesięciu obecnych samorządowych liderów. Czy to oznacza, że bez nakazu dwukadencyjności polskie gminy są "zabetonowane"? Okazuje się, że niekoniecznie.
W ciągu ostatnich 18 lat w 87 % gmin przynajmniej raz zmienił się wójt, burmistrz albo prezydent miasta. Tylko 13 proc. gmin przez pięć kolejnych wyborów miało tego samego gospodarza. W ostatnich wyborach z 2024 roku nowego włodarza wybrano w 39 proc. gmin. To ważne, bo jeden z głównych argumentów za dwukadencyjnością mówi o potrzebie "przewietrzenia" lokalnej władzy. Tyle że dane pokazują, że mieszkańcy potrafią przewietrzyć ją również bez pomocy ustawodawcy.
A jak jest u nas?
W powiecie pułtuskim mamy sześć gmin wiejskich. I właśnie tutaj bardzo dobrze widać, skąd może brać się zainteresowanie sprawą. W Obrytem Sebastian Mroczkowski jest wójtem od 2018 roku. W 2024 roku mieszkańcy wybrali go na drugą kadencję.
W Winnicy Robert Wróblewski kieruje gminą od 2018 roku i również został wybrany na drugą kadencję. W 2024 roku otrzymał aż 82,6 proc. głosów. W Pokrzywnicy sytuacja jest jednoznaczna: Adam Rachuba jest wójtem od stycznia 2001 roku. Oznacza to, że obecna kadencja jest już jego kolejną, siódmą kadencją na tym stanowisku, jeśli liczyć także pierwszą, rozpoczętą w trakcie kadencji samorządowej. Jeszcze dłuższy staż ma Adam Misiewicz w Świerczach. Jest wójtem od listopada 1998 roku. Obecna kadencja jest jego siódmą. W 2024 roku ponownie wygrał, zdobywając 59 proc. głosów. W Zatorach mamy przypadek szczególny. Włodzimierz Kaczmarczyk był wójtem w latach 1998–2014, potem przez dziesięć lat pozostawał poza urzędem, by w 2024 roku do niego wrócić. Wygrał wtedy z urzędującym Grzegorzem Falbą różnicą zaledwie około 3 punktów procentowych. Natomiast Gzy mają nowego wójta. Tomasz Sobieraj wygrał wybory w 2024 roku, zastępując Cezarego Wojciechowskiego, który rządził gminą od 2018 roku. Czyli w naszym powiecie obraz jest bardzo ciekawy: mamy dwóch wójtów od siedmiu kadencji, dwóch po dwóch kolejnych kadencjach, jednego wójta powracającego po dziesięcioletniej przerwie i jednego świeżo wybranego.
Dlaczego akurat wieś tak mocno broni wielokadencyjności?
To nie jest pytanie oderwane od rzeczywistości, bo powstały już badania naukowe poświęcone właśnie temu problemowi. Potwierdzono oczywiste mechanizmy społeczne: otwartość na wybór wójtów na kolejne kadencje wynikał wprost z opinii na temat skuteczności działań wójtów i sytuacji społeczno-gospodarczej gminy. W uproszczeniu: czujemy, że "wójt daje radę" – chcemy go wybrać po raz kolejny. To sedno sprawy: na wsi wójt jest z reguły znacznie bardziej "namacalną" postacią niż polityk krajowy. Mieszkańcy wiedzą, kto zdecydował o wybudowaniu drogi, kto wyremontował szkołę, kto zrobił kanalizację, kto zareagował na prośby o remont świetlicy. Lokalna społeczność widzi też i zapamiętuje przypadki, gdzie wójt zlekceważył czy zawalił sprawę. W małej gminie polityka ma twarz człowieka, którego można spotkać w sklepie, na festynie czy na pogrzebie sąsiada. Dlatego wieloletni wójt może mieć coś, czego nie da się zdobyć w ciągu jednej kadencji: znajomość ludzi, miejscowych problemów, urzędników, procedur i historii rozpoczętych inwestycji. Ale też z drugiej strony dokładnie ta sama cecha może być wadą. Wieloletnia władza może niekiedy oznaczać tworzenie lokalnych zależności, układów, które stają się kosztownym obciążeniem dla działania samorządu. I tego argumentu również nie można zamiatać pod dywan.
Nie tylko wieś
Nie można uczciwie napisać, że tylko gminy wiejskie chcą zniesienia dwukadencyjności.
Związek Miast Polskich również bardzo mocno sprzeciwia się obecnym przepisom. W lipcu 2026 roku wiceprezes ZMP, prezydent Sosnowca Arkadiusz Chęciński, mówił wprost, że to wyłącznie mieszkańcy (a nie ograniczenia ustawowe) powinni decydować, kto jest ich prezydentem czy burmistrzem. Czyli nie jest tak, że miasta milczą, a tylko wieś chce zachować swoich wójtów. Dlatego nie pytajmy czy wójt powinien mieć prawo rządzić trzy, cztery czy siedem kadencji. Kluczowe pytanie brzmi: czy ustawodawca powinien odbierać mieszkańcom możliwość ponownego wyboru człowieka, któremu oni nadal ufają? Jak to się ma do idei samorządu? Bo jeżeli mieszkańcy Świercz potrafili przez prawie 30 lat wybierać tego samego wójta, mieszkańcy Pokrzywnicy przez ponad 25 lat, a mieszkańcy Zator po dziesięciu latach potrafili przywrócić poprzedniego gospodarza, to odpowiedź na pytanie, kto i dlaczego chce wielokadencyjności jest najwyraźniej ważniejsza niż polityczne decyzje zapadające w naszym sejmie.
Wybory w końcu są po to, żeby mieszkańcy mogli powiedzieć: "rób dalej to co robisz, bo robisz to dobrze" – albo "tobie już podziękujemy".
ZCZ
