Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
poniedziałek, 2 listopada 2026 21:23
Reklama

Ratunek dla kociaka. Jak dobrze mieć sąsiada...?

Gzowo, Gmina Pokrzywnica, sobota, 24 października. Mały, porzucony lub podrzucony kociak. Ma zaledwie kilka tygodni, przeraźliwe miauczy, jest głodny i przemarznięty. Taka historia jakich wiele. Do uratowania małego kota wystarczyło kilka osób dobrej woli. Jednak pojawił się nieoczekiwany problem: nie wszystkim ta pomoc się podobała.

Zaczęło się od miauczenia. Rozpaczliwego, uporczywego, donośnego - takiego, którego nie da się długo ignorować. Na terenie działek letniskowych nad Narwią, w Gzowie, właściciele jednej z posesji od rana słyszeli kocie wołanie o pomoc. Sprawdzili: na sąsiedniej działce, pod pustą budą dla psa, przy domku niezamieszkanym od miesięcy, uwięziony był maleńki kociak. Był przemarznięty, głodny, nie potrafił wydostać się spod budy. Działka otoczona wysokim płotem, furtka zamknięta na klucz. Przez szpary było widać, że maluch sam sobie nie poradzi a upływający czas pogarszał sytuację.

Przy ogrodzeniu pojawia się nastoletnia Amelia zaalarmowana kocim wołaniem o pomoc. To wnuczka właścicieli sąsiedniej działki, ma 15 lat i jest uczennicą pierwszej klasy technikum weterynaryjnego. Jest też wolontariuszką związaną z fundacją zajmującą się bezdomnymi kotami. Dziewczynka rozumiała, że w takiej sytuacji nie ma czasu na bezradne rozkładanie rąk, doskonale wiedziała jak działać. Przygotowała kontener i poprosiła dorosłych o pomoc. Rozwiązanie wydawało się oczywiste: wystarczyło wejść po drabinie na teren sąsiedniej, niezamieszkałej posesji, uwolnić kociaka i zawieźć go do weterynarza. Proste? W teorii tak.

Nie pozwalamy! - po raz pierwszy.

Nieoczekiwanie do akcji wkroczyły dwie starsze panie z innej sąsiedniej działki. Oznajmiły, że nie wolno wchodzić na posesję, ponieważ właścicielka domku, z którą rzekomo pozostają w kontakcie, nie życzy sobie żadnej ingerencji. Zaczęły straszyć Amelię wezwaniem Policji. Nastolatka poza empatią i determinacją wykazała w tej stresującej sytuacji ogromną dojrzałość. Zamiast wdawać się w awanturę, po prostu zadzwoniła do Straży Pożarnej i opisała sytuację. Trudno było mieć wątpliwości: pozostawiony bez pomocy, zziębnięty maluch mógł nie przeżyć.

Strażacy potraktowali zgłoszenie poważnie. Po około 20 minutach na miejscu pojawił się samochód ratowniczy. Druhowie szybko ocenili sytuację i przygotowali się do wejścia na posesję, dbając przy tym, by niczego nie uszkodzić. I wtedy nastąpił kolejny zwrot akcji.

Nie pozwalamy!! - po raz drugi.

Te same dwie panie z działki sąsiadującej z niezamieszkałym domkiem ponownie stanęły na drodze ratownikom. Tym razem otwarcie „zabraniały” Strażakom wejścia na działkę, powołując się na rzekomy sprzeciw nieobecnej właścicielki. I trzeba przyznać, że energii, zapalczywości i determinacji w tej „obronie prywatnej własności” im nie brakowało. Trudne to do zrozumienia – bo obie najwyraźniej zupełnie nie przejmowały się losem futrzanego malca. Na szczęście Strażacy nie zamierzali prowadzić bez końca dyskusji o telefonicznych życzeniach nieobecnej właścicielki. Oświadczyli, że tej sytuacji to oni wzywają Policję do asysty. Rzeczywiście: po kolejnych kilkunastu minutach na miejscu pojawił się radiowóz z Komendy Powiatowej Policji w Pułtusku. Funkcjonariusze ocenili sytuację i potwierdzili konieczność podjęcia działań ratunkowych. Wydawało się, że w tej sytuacji wszystkie wątpliwości zostały rozwiane, a jednak…

Nie pozwalamy!!! - po raz trzeci.

Okazało się, że obie kobiety z sąsiedniej działki nie odpuściły nawet wtedy. Nadal energicznie przekonywały policjantów, że właścicielka się nie zgadza na żadne próby wejścia ponad ogrodzeniem na jej teren. Funkcjonariusze spokojnie i rzeczowo wyjaśnili, że w tej sytuacji ani sąsiadki, ani nieobecna właścicielka nie mogą skutecznie zablokować koniecznej interwencji służb. Ratownicy działali w ramach swoich uprawnień, w okolicznościach wyższej konieczności, w warunkach uzasadniających podjęcie niezbędnych działań dla ratowania życia. Policjanci oświadczyli jasno i zrozumiale: w tej sytuacji to my decydujemy o tym jakie działania są konieczne. Po kilku kolejnych minutach wszystko było pod kontrolą: Strażacy wydobyli wygłodzonego i przemarzniętego kociaka i przekazali w ręce Amelii.

Maluch został ogrzany i nakarmiony specjalną mieszanką mleczną, podawaną z butelki z maleńkim smoczkiem. Został przewieziony na konsultacje weterynaryjną. Dalsza opieka i ocena jego stanu zdrowia należą do osób, które wiedzą, jak postępować z tak młodymi zwierzętami. Obecnie przebywa w domu tymczasowym. Wiele wskazuje na to, że najgorsze ma już za sobą.

„Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat” – napisała w powieści „Początek” Hanna Krall, przytaczając słowa związane z medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. To zdanie przypomina, że wartość życia nie zależy od jego rozmiaru, gatunku ani tego, czy potrafi się o siebie upomnieć. W naszym społeczeństwie, opierającym się na „wartościach chrześcijańskich” w takich sytuacjach warto odwołać się do sentencji „wszystkie stworzenia na ziemi odczuwają tak jak my, wszystkie dążą do szczęścia tak jak my”. To słowa przypisywane św. Franciszkowi z Asyżu, patronowi zwierząt, które dobrze pasują do tej historii. Bracia mniejsi nie potrafią poprosić o pomoc ludzkim głosem. Czasem pozostaje im tylko rozpaczliwe miauczenie albo skomlenie - i nadzieja, że znajdzie się ktoś, kto je naprawdę usłyszy.

Jak dobrze mieć sąsiada?

Jako świadek całego zdarzenia chcę w imieniu Amelii, działkowiczów obserwujących akcję i w imieniu własnym podziękować Strażakom oraz Policjantom z KPP w Pułtusku za sprawne, spokojne i zdecydowane działanie. Zwłaszcza, że zamiast skupić się wyłącznie na ratowaniu zwierzęcia, musieli dodatkowo pacyfikować niezrozumiałe próby utrudniania interwencji.

W imieniu Redakcji Tygodnika Pułtuskiego dziękujemy Amelii. Za wiedzę, opanowanie i determinację. Za to, że mimo presji, personalnych ataków i zastraszania nie zrezygnowała i szukała rozwiązania, zamiast uznać, że „ o trudno - nic się nie da zrobić”.

W tle całej tej historii z happy-endem „wisi” jednak pytanie, które trudno zbyć wzruszeniem ramion. Co kierowało dwiema paniami, które tak konsekwentnie próbowały uniemożliwić ratunek? Troska o cudzą własność? A może przekonanie, że formalne „nie wolno” jest ważniejsze niż rozpaczliwe miauczenie zwierzęcia, które bez pomocy mogło nie przeżyć? Szczerze mówiąc trudno w tej historii domyślać się, jakie były prawdziwe intencje pań żądających odstąpienia od ratowania kociaka przed śmiercią.

ZCZ


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama