Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
czwartek, 8 października 2026 00:17
Reklama

Czy wiatr zawieje w stronę Pułtuska?

W sąsiednich powiatach działają farmy wiatrowe, a ich właściciele i gminy liczą korzyści. Przy okazji planów ogólnych samorządy naszego powiatu powinny sprawdzić, czy na ich terenie jest miejsce na takie inwestycje.

Pod koniec lata w Pułtusku i gminach naszego powiatu domykano kolejne postępowania związane z planami ogólnymi. To ustalenia "prawa miejscowego", które na lata określą, co i gdzie będzie można budować. Była więc dobra okazja, żeby postawić pytania szersze niż tylko gdzie można postawić dom, magazyn czy kolejną oborę. Co z inwestycjami, które mogą przynieść gminom naprawdę duże pieniądze? I czy przy okazji prac nad planami ogólnymi ktoś poważnie zastanawiał się na przykład nad tym, gdzie w przyszłości mogłyby powstać farmy wiatrowe albo inne duże instalacje energetyczne?

W przestrzeni publicznej ostatnio omawiany jest przykład Wróblewa w województwie łódzkim. To niewielka, typowo rolnicza gmina, licząca niespełna 6 tys. mieszkańców i zajmująca około 113 km kw. Na jej terenie pracuje dziś 35 turbin wiatrowych. Pierwsze osiem powstało w latach 2012–2014, kolejnych 19 rok później, a ostatnie osiem uruchomił Tauron. Nowa farma ma łączną moc 23,8 MW i według szacunków wyprodukuje około 78 GWh energii rocznie.

Początki były trudne

Były obawy, pytania i zwyczajna ludzka nieufność wobec czegoś, co nagle miało wyrosnąć nad polami. Samorządowcy jeździli oglądać działające farmy, rozmawiali z mieszkańcami i sprawdzali, jak to wygląda w praktyce. Dzisiaj sytuacja się odwróciła. To do Wróblewa przyjeżdżają przedstawiciele innych gmin, żeby zobaczyć, jak wygląda życie pod wiatrakami. I nie znajdują tam krajobrazu po katastrofie: pod wiatrakami nadal rośnie zboże, krowy nadal dają białe mleko a kury nie niosą kwadratowych jajek. Oczywiście nie oznacza to, że farmy wiatrowe nie mają wpływu na otoczenie – wiatraki potencjalnie mogą lokalnie oddziaływać i dlatego każda inwestycja wymaga wnikliwych i rozbudowanych badań środowiskowych. Rzecz w tym, żeby o tych możliwych oddziaływaniach rozmawiać na podstawie badań, a nie miejskich legend. Wróblew da się całkiem spójnie porównać z gminami w naszym powiecie. Powierzchnią i charakterem przypomina przede wszystkim Pokrzywnicę, Zatory i Winnicę. Czy na ich terenie, lub na innych obszarach powiatu znalazłyby się miejsca odpowiednie pod inwestycje energetyczne? Na poziomie naszej Redakcji tego nie ustalimy, bo kryteriów decydujących o możliwości inwestycji jest cała lista. Liczą się odległości od zabudowy mieszkaniowej, obszary chronione i Natura 2000, lasy, cieki i zbiorniki wodne, tereny zalewowe, istniejąca infrastruktura, linie energetyczne i przede wszystkim możliwość przyłączenia nowych źródeł do sieci. Znaczenie mają również drogi, którymi trzeba będzie dowieźć kilkudziesięciometrowe elementy turbin, własność gruntów i zwykłe konflikty przestrzenne. Do tego dochodzą kwestie krajobrazu, ochrony przyrody i akceptacji mieszkańców.

Za uzgodnienia płaci inwestor

To kluczowe, bo to nie gmina musi wyciągnąć z własnej kasy miliony, żeby sprawdzić czy inwestycja będzie możliwa na danym terenie. Zdecydowana większość szczegółowych analiz, badań środowiskowych, pomiarów wiatru, dokumentacji technicznej czy przygotowania projektu leży po stronie inwestora – czyli firmy energetycznej. Po stronie samorządu najważniejsze są przede wszystkim decyzje planistyczne, przygotowanie odpowiednich zapisów w dokumentach planistycznych, współpraca z inwestorem i mieszkańcami oraz pilnowanie, żeby interes gminy nie został potraktowany jako dodatek do całej układanki. I to jest główna rola samorządu: najpierw musi pojawić się pomysł, potem chęć, a na końcu trochę determinacji. Bo inwestorzy niekoniecznie przyjdą sami z siebie - czasem trzeba ich zwyczajnie do siebie zaprosić. Do tego najtrudniejsza może okazać się rozmowa z mieszkańcami. I nie chodzi o propagandę, że "wiatraki są cudowne",bo to nie jest skuteczna odpowiedź na straszenie, że od turbin uschną drzewa, wymrą ptaki i wszyscy będą mieli migrenę. Potrzebna jest normalna rozmowa o korzyściach: ile gmina zyska, co zyskają właściciele gruntów, gdzie dokładnie mogą stanąć turbiny, jakie będą oddziaływania i jak wyglądają doświadczenia miejscowości, które mają je u siebie od kilku czy kilkunastu lat. Bez lukrowania, ale też bez czarnego scenariusza rodem z internetu.

Korzyści

Wracamy do Wróblewa: działające wiatraki przynoszą gminie około 4 mln zł rocznie. To nie jest przysłowiowa "czapka drobnych", bo dla niewielkiego samorządu są to pieniądze, które mogą realnie zwiększyć możliwości inwestycyjne. A że takie inwestycje nie są czymś abstrakcyjnym, pokazują nasze najbliższe okolice. Sprawdziliśmy dane na stronie Urzędu Regulacji Energetyki (stan na 30 czerwca 2026 r.): w sąsiednim powiecie ciechanowskim działa kilka farm wiatrowych o łącznej mocy 18,5 MW, w makowskim 12 MW, w nowodworskim 10 MW, w płońskim prawie 12 MW. W naszym powiecie nie ma żadnych farm wiatrowych. Wyłącznie fotowoltaika i biogazownia w gminie Gzy. Cieszyć się – czy smucić? Czy warto więc zainteresować się tym tematem także u nas? Jedno wydaje się pewne: jeżeli samorządy same nie będą szukały nowych źródeł dochodów i nie będą próbowały ściągać na swój teren inwestycji, trudno oczekiwać, że w gminnych kasach pieniędzy wystarczy na wszystkie potrzeby lokalnych społeczności. A czekanie na kolejną dotację i narzekanie, że władze centralne "nie dają tyle, ile chcemy" – to nie jest rozwiązanie na rozwój, tylko na wegetację.

Może więc warto przynajmniej sprawdzić, czy wiatr wieje również w naszym kierunku.

ZCZ


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama