Jesteśmy demograficzną nadbałtycką Chorwacją, Hiszpanią Północy, tylko bez sangrii i z nieco większym problemem mieszkaniowym. Młodym dobrze w rodzinnych domach, nie garną się do wyfrunięcia z gniazda, wyprowadzenia się, założenia rodziny.
Spoglądając na najnowsze mapy Eurostatu, można odnieść wrażenie, że Polska stała się krajem "gniazdowników". Podczas gdy młodzi Finowie czy Duńczycy pakują walizki zaraz po maturze, nasi rodacy w wieku chrystusowym wciąż zastanawiają się, czy mama zrobiła dziś na obiad pomidorową. Ale zanim starsze pokolenia zaczną tradycyjne narzekanie na "roszczeniową młodzież", której nie chce się pracować, warto spojrzeć na liczby. One nie kłamią, są bezdyskusyjne jak kolejka do lekarza w naszym powiatowym szpitalu.
Pułtusk w cieniu statystyk
W powiecie pułtuskim mieszka około 51 tysięcy osób. Jeśli przełożymy statystyki krajowe na nasze podwórko, wyjdzie nam, że tysiące młodych dorosłych w Pułtusku, Obrytem czy Zatorach zamiast urządzać własne "M", kłóci się z ojcem o pilota do telewizora. Dlaczego? Bo choć ambicji nam nie brakuje, to realia finansowe uderzają w nas mocniej niż mróz ostatniej zimy. Istnieje niemal magiczny (i tragiczny zarazem) związek między mieszkaniem w pokoju z dzieciństwa, a niewielką liczbą wózków dziecięcych na pułtuskich chodnikach. Trudno myśleć o powiększaniu rodziny, gdy jedynym wolnym metrażem w domu jest górna półka w szafie u rodziców. Dzietność w Polsce szoruje po dnie, a my – obok Hiszpanii i Włoch – tworzymy europejski "klub pustych kołysek". To prosta matematyka: brak własnego kąta równa się brakowi chęci do zakładania rodziny, i to w tempie geometrycznym.
Biurokratyczna hydra i złote działki
Dlaczego jest tak drogo? Autorzy analiz wskazują na systemowy paraliż. Deweloperzy chętnie by budowali, ale proces inwestycyjny w Polsce przypomina bieg przez płotki w głębokim błocie. Lata czekania na pozwolenia i urzędnicze "widzimisię" pompują ceny mieszkań do poziomów absurdalnych. Kredyty mieszkaniowe nadal trudno dostępne, kosztowne i przerażające widmem spłacania do emerytury.
W Pułtusku i okolicach na szczęście cały czas widać rosnące nowe bloki, dumnie nazywane apartamentowcami. Realia są jednak bezlitosne: najczęściej jest tak, że jeśli "staruszkowie" nie sprzedadzą trochę ziemi, jeśli nie dołożą lub wręcz nie kupią młodym mieszkania – to młodzi nie widzą szansy na normalny start w dorosłe życie, rodzinę i dzieci.
200 tysięcy na start?
Wśród polityków i analityków pojawiają się różne koncepcje na rozwiązanie demograficzno – mieszkaniowego klinczu. Jeden z pomysłów przypomina, że Polsce około 24% zatrudnionych pracuje w szeroko pojętej "budżetówce". Dla porównania – w Szwajcarii to 17%, a na przykład w USA zaledwie 14%. Gdybyśmy odchudzili tę biurokratyczną machinę do poziomu szwajcarskiego, w budżecie państwa zostałoby – bagatela, 120 miliardów złotych rocznie.
Wyobraźmy sobie zatem (to nic nie kosztuje, w przeciwieństwie do metra kwadratowego w bloku), że te zaoszczędzone miliardy trafiają bezpośrednio do młodych rodzin. Przy wymaganej, tak zwanej "zastępowalności pokoleń" (ok. 500 tys. urodzeń rocznie), państwo mogłoby oferować 200 tysięcy złotych na każde dziecko. Czy przy pół milionie złotych "na start" dla dwójki dzieci, młodzi pułtuszczanie dalej baliby się kredytu? Pytanie retoryczne. Zamiast tego mamy systemowy klincz, weto goni weto, a politycy kłócą się o to, kto ma rację, podczas gdy nasze powiatowe zasoby demograficzne topnieją w oczach.
Potrzebujemy odważnych ruchów – budownictwo mieszkaniowe skierowane do młodych pułtuszczan, chcących zakładać rodziny musi być wspierane i rozwijane. Oczywiście – oddano wyremontowany budynek koszar, buduje się kolejny, nowy blok. Jednak jak się wydaje, mechanizm przydziału nowych mieszkań opiera się głównie na przenoszeniu lokatorów ze starych, zapleśniałych lokali, które często nie nadają się do zamieszkania. Te opuszczane lokale mają być atrakcyjna ofertą dla młodych rodzin?
Dziś wielu młodych mieszkańców Pułtuska ma do wyboru: albo zostać "wiecznym nastolatkiem" w domu rodzinnym, albo wyjechać do Warszawy, by przez resztę życia spłacać kawalerkę nieco większą od pudełka po butach. Może Pułtusk kiedyś doczeka się spójnej i skutecznej lokalnej polityki mieszkaniowej. I zaczną rosnąć inwestycje policzone na to, żeby młodzi chcieli żyć pod pułtuskim niebem. Na razie jedyną rzeczą, która u nas rośnie geometrycznie, jest frustracja młodego pokolenia.

ZCZ











