Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
czwartek, 22 stycznia 2026 15:41
Reklama
PUŁTUSK WIDZĘ

PUŁTUSKIE GÓRKI I... KILKA DYGRESJI

Mówi się o Pułtusku, że jest pięknie położony. I tak jest w istocie. Mamy nie tylko BŁĘKITNĄ NAREW i puszczę za nią, ale też miasto W DOLE i NA GÓRZE. To pierwsze wielowiekowe, zabytkowe, historyczne, drugie – powiedzmy – handlowe

Tak naprawdę, pułtuskimi GÓRKAMI nazywano - o czym opowiadały mi nieodżałowane panie: Janina Turek de domo Kownacka, a i pani Alina Podgórska – Jonczy - dzisiejszą SKARPĘ, dzisiejszą Mickiewicza, Traugutta i Żwirki i Wigury. Cały górkowaty pas nad miastem. Pani Janeczka do końca życia mieszkała pod górką, w domu teściów. Dziś ten niewielki domek to świadectwo dawnych czasów – wrósł w ziemię, trochę, a może więcej niż trochę, pochłonął go chodnik, ale nie tylko. Zmalał więc. Skurczył się. Cała Mickiewicza jakby się spłaszczyła. Kiedyś błotna, płynąca wodą, łącząca się ze smrodliwymi nieczystościami Warszawskiej, dziś Daszyńskiego. Dzisiaj jest zgoła inna. Za domem mieszkalnym państwa Turków stała kuźnia, pan Turek, senior, był znanym kowalem w mieście. Pan Turek był znajomym przodków Josepha Malovanego, kantora światowej sławy z NY, którzy to zamieszkiwali przy Warszawskiej, przy schodkach prowadzących na Skarpę. Za kuźnią też była górka i ta górka, gliniasta, miała się bardzo ku tej kuźni – zbliżała się do niej może nie prędko, ale uparcie.

Tak sobie hasam myślami po pułtuskich GÓRKACH nad miastem, ale przecież nie tylko o nich miałam pisać. Także o tych, z których zjeżdżało się na łeb, na szyję, na sankach, na łyżwach, na czym kto miał, a i na pupie.

Ale, ale... A górki kleszewskie, cudowne, szczególnie wiosną, latem... Te nierozłącznie związane były z cmentarzem, o którym mówiliśmy RUSEK. – Idziemy na RUSEK? – pytałam Wandzię Słowikowską. Z RUSKA rozciągał się zapierający dech w piersiach widok na Narew. W górkach pachniało konwalią i ziołami. Z RUSKA można było dojść do miasta, do samego mostku Benedyktyńskiego, mając po prawej ręce GÓRKI, ciąg górek – nad łąkami i nad Baltazara.

A Baltazara to już wygony. Kochane i ludne, chociaż pierwszy (od miasta) to była po prostu... Marszałkowska, szczególnie zimą i latem. Zimą zawłaszczali go sankowicze, latem plażowicze, no i bydło, gonione wygonem dwa razy dziennie – na łąki i do zagród. Och, to bydło.

Dawało nam tyle radości. Uczestniczyliśmy w pędzeniu bydła jak w najciekawszym spektaklu teatralnym. Ten pęd, to pokrzykiwanie, to porykiwanie i nasze wrzaski, ten zapach wody pomieszany z mułem i wodorostami... Za bydłem, bywało, podążały gęgacze, biały sznur gęsi i chybotających się na boki kaczek. No i konie były, te budziły we mnie mały lęk, rozpędzone, jakby nieprzytomne, patrzące przed siebie, z rozdętymi chrapami, no, piękno w ruchu.

Pierwszy wygon rozsławiła CZWÓRKA. To z niej chmarami wychodziliśmy na wygonowe lekcje wychowania fizycznego, a po lekcjach szaleliśmy na nim do zmroku. Strach tylko było wjechać w kolczaste druty ogrodzenia, tuż nad wodą, kiedy sanki niosły jak szalone (bo płozy miały jak ostrza noża); albo w wodę kanałku, kiedy lód już puszczał. A ile wrzasku było. Jakie sznury pochylonych sylwetek za sankami. Ile wywrotek na ślizgawce, długiej, na pół wygonu, a może jeszcze dłuższej.

Drugi wygon, my z początku Kościuszki, mieliśmy w małym niepoważaniu. Nie wiem, jak tam przebiegały zimowe zabawy – my, wielbiciele pierwszego wygonu, byliśmy PONAD. Ale zjeżdżało się też z góry na TRZECIAKU (tę przedwojenną nazwę ulicy usłyszałam z ust pani Janiny, z żadnych innych), tam, gdzie teraz, mniej więcej, stoi przychodnia. A także wzdłuż schodów prowadzących ze Żwirki i Wigury na – wówczas - 1 Maja. Niebezpieczeństwo zjazdu z tej górki było duże, bo wprost na jezdnię, przynajmniej za moich dziecięcych lat tak było. Czy ja zjeżdżałam z tej górki? Nie pamiętam, chociaż może...

Za to mam w pamięci jeszcze jedną zimową górkę. Znajdowała się ona na Warszawskiej. Żeby dotrzeć na jej szczyt, należało najpierw pokonać ... cmentarz. Tak, cmentarz. O ile dobrze pamiętam, grzebani tam byli bezdomni, biedni ludzie. Taką opowieść zapamiętałam.... A po wojnie, w rowach, znajdowaliśmy tamże niemieckie hełmy...

Jak już się ten cmentarz pokonało, idąc jakby alejką, przy której rosły wysokie drzewa, najczęściej topole, wchodziło się na szczyt góry, z której rozciągał się widok na Narew. Góra była stroma i z rozpędu można było wjechać sankami w kruchy lód na tak zwanym stawku. Z wód stawku, latem, zbierałyśmy z Lucynką Przewoźną, z łódki, i durszlakiem, gruby kożuch rzęsy. Dla kaczek. Po tej POM-owskiej górce, jak mówiliśmy, trudno się zjeżdżało, były tam ustępy, uskoki, można było stracić sanki spod... siedzenia. Za to pięknie chłonęło się tam letni czas.

Górki. Górki. Tu tylko kilka pułtuskich górek. Ale każdy miał swoją górkę. Ja, od kilku lat, mieszkam NAD DASZYŃSKIEGO. Pięknie tu mamy, z piętra naszych domów widzimy miasto – Z GÓRY.
GRAża

 

 


Podziel się
Oceń

Reklama
NAJNOWSZE EWYDANIE
Tygodnik Pułtuski
Reklama
Reklama
Reklama
OtoDrobne
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama