Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
piątek, 14 sierpnia 2026 19:55
Reklama
Reklama

MROCZNA TAJEMNICA PODPUŁTUSKIEJ DZIAŁKI

Kilka dni temu w sieci pojawił się obszerny, ponad dwugodzinny podkast kryminalny znanej autorki Olgi Herring zatytułowany "Napisała boję się i pojechała. Co stało się z Olą i Zbigniewem Dobrowolskimi?". Jest to szczegółowa, bardzo ciekawa a zarazem przerażająca historia zagadkowego zaginięcia Zbigniewa i Oli Dobrowolskich, które w 2006 roku wstrząsnęło opinią publiczną. Z tym zaginięciem wiążą się również dramatyczne wydarzenia, które miały miejsce w domku na działce rekreacyjnej pod Pułtuskiem. Przypomnijmy tę historie w skrócie, zachęcając jednocześnie do wysłuchania podkastu Olgi Herring

Oficjalnie w policyjnych bazach danych wciąż figurują jako osoby zaginione. Jednak polski wymiar sprawiedliwości nie ma już żadnych wątpliwości – 40-letni Zbigniew Dobrowolski oraz jego zaledwie 18-letnia córka Aleksandra zostali brutalnie zamordowani. Choć ta makabryczna historia, która przed laty wstrząsnęła całą Polską, swój początek i finał miała w Warszawie, to właśnie tutaj – na cichej, letniskowej działce pod Pułtuskiem – rozegrał się jej najbardziej dramatyczny i drastyczny akt. To w naszym powiecie bezwzględny oprawca zgotował swojej ofierze piekło na ziemi, które było bezpośrednim zwiastunem nadchodzącej tragedii.

Dla większości mieszkańców powiatu pułtuskiego tutejsze ogródki działkowe i domki letniskowe to oaza spokoju. Miejsca, gdzie ucieka się od zgiełku stolicy, by odpocząć na łonie natury, blisko lasów i Narwi. Niewielu jednak wie, że jedno z takich ustronnych miejsc kryje tajemnicę rodem z najgorszego horroru. To właśnie w okolicach Pułtuska rozegrały się sceny, które później analizowali najlepsi polscy śledczy, prokuratorzy i biegli psycholodzy podczas jednego z najbardziej bezprecedensowych procesów poszlakowych w historii kraju.

Ciche ustronie zamienione w katownię

Wszystko zaczęło się wiosną 2006 roku. To wtedy 40-letni Zbigniew Dobrowolski zaczął regularnie znikać, stając się kłębkiem nerwów. Choć na co dzień starał się normalnie funkcjonować, jego bliscy i przyjaciele widzieli, że mężczyzna ucieka przed śmiertelnym niebezpieczeństwem. Kulisy tego strachu wyszły na jaw dopiero po czasie.

Jak wykazało późniejsze, skomplikowane śledztwo, Zbigniew Dobrowolski został niespodziewanie zwabiony w pułapkę przez potwora w ludzkiej skórze – Mariusza B., mężczyznę, którego ogólnopolskie media okrzyknęły później "Dusicielem z Woli" lub "wampirem". Mariusz B., działając wspólnie ze swoim bezwzględnym wspólnikiem, porwał 40-latka. Miejscem docelowym porwania nie była jednak żadna ze stołecznych dziupli czy piwnic. Bandyci postanowili wywieźć swoją ofiarę daleko poza Warszawę, wybierając właśnie zaciszną działkę letniskową położoną w malowniczych rejonach pod Pułtuskiem.

To, co wydarzyło się za drzwiami niepozornego domku letniskowego pod naszym miastem, mrozi krew w żyłach. Spokojne dotąd ustronie na kilka dni zamieniło się w regularną katownię. Oprawcy, czując się całkowicie bezkarnie na odludziu, związali i odcięli od świata uwięzionego mężczyznę. Zbigniew Dobrowolski przeżył tam prawdziwe piekło – był brutalnie bity, zastraszany i poddawany wyrafinowanym torturom. Mariusz B. chciał w ten sposób złamać mężczyznę psychicznie i fizycznie.

Co niezwykłe w tej historii, po dniach spędzonych w podpułtuskim areszcie, poturbowany Zbigniew został przez sprawców wypuszczony. Oprawca uważał, że strach skutecznie zamknie mu usta. Przerażony 40-latek, będąc w stanie głębokiej traumy i roztrzęsienia, zdołał jednak opowiedzieć o wszystkim swojemu zaufanemu przyjacielowi. Wspomniał o koszmarze na działce pod Pułtuskiem i wprost wyznał, że Mariusz B. groził mu śmiercią. Niestety, spirala zbrodni ruszyła tak szybko, że nikt nie zdążył w porę zareagować na te przerażające doniesienia.

Fatalna kolacja i zniknięcie bez śladu

Zaledwie kilka dni po traumatycznych wydarzeniach w naszym powiecie, nadszedł tragiczny 11 kwietnia 2006 roku. Zbigniew Dobrowolski, mimo wcześniejszych tortur, został uwikłany w skomplikowany, toksyczny trójkąt emocjonalny. Mariusz B. był bowiem kochankiem żony Zbigniewa. Tego dnia 40-latek miał udać się na spotkanie, które rzekomo miało ostatecznie wyjaśnić skomplikowane sprawy rodzinne i majątkowe. Na spotkanie zabrał swoją ukochaną, 18-letnią córkę Aleksandrę, która uczyła się w klasie maturalnej i dopiero wkraczała w dorosłe życie.

Ostatni raz ojciec z córką byli widziani w Warszawie przy ulicy Górczewskiej. Od tamtego momentu słuch po nich zaginął. Ich telefony zamilkły na zawsze, a konto bankowe Zbigniewa nigdy więcej nie odnotowało żadnego ruchu. Zaniepokojona rodzina zgłosiła zaginięcie po pięciu dniach, gdy stało się jasne, że nie był to zwykły, przedłużony wyjazd biznesowy.

Proces poszlakowy i poczwórne dożywocie

Przez długie miesiące, a potem lata, sprawa Dobrowolskich pozostawała jedną z wielu niewyjaśnionych zagadek w policyjnych archiwach. Przełom nastąpił dopiero wtedy, gdy Mariusz B. poczuł się tak pewnie, że zaczął mordować kolejne osoby ze swojego bliskiego otoczenia – w tym warszawskiego inżyniera oraz księdza, od którego wyłudzał pieniądze. Łącznie udowodniono mu odebranie życia czterem osobom.

Sprawa zaginięcia Oli i Zbigniewa spod Pułtuska stała się głównym elementem jednego z najtrudniejszych procesów w historii polskiego sądownictwa. Była to tak zwana "zbrodnia bez ciał". Mimo zaangażowania setek policjantów, przeczesywania lasów w powiecie pułtuskim, sprawdzania okolicznych bagien, zagajników oraz dna Narwi, ciał nastoletniej Oli i jej ojca nigdy nie odnaleziono. Morderca zadbał o to, by skutecznie ukryć zwłoki swoich ofiar.

Choć proces miał charakter wyłącznie poszlakowy, to łańcuch dowodów – w tym kluczowe zeznania o wcześniejszym porwaniu i torturowaniu Zbigniewa na podpułtuskiej działce – okazał się nierozerwalny. W 2014 roku Sąd Okręgowy w Warszawie skazał Mariusza B. na bezprecedensową karę poczwórnego dożywocia. Wyrok ten został później w pełni podtrzymany przez Sąd Apelacyjny. Sprawiedliwość dosięgła również matkę Oli i jednocześnie żonę Zbigniewa, która usłyszała wyrok za składanie fałszywych zeznań i dawanie mordercy fałszywego alibi.

Ponure memento dla regionu

Choć bezwzględny zabójca spędzi resztę swoich dni za kratami bez możliwości przedterminowego zwolnienia przez kilkadziesiąt lat, dla mieszkańców naszego regionu ta historia pozostawia po sobie niezwykle gorzki i ponury ślad. Okolice Pułtuska, kojarzone z sielskim wypoczynkiem, na stałe zapisały się w aktach jako niemy świadek narodzin potwornej zbrodni. To tutaj, pośród zieleni i pozornego spokoju domków letniskowych, tętniło zło w najczystszej postaci.

Rodzina zamordowanych do dziś nie zaznała pełnego spokoju i odmawia oficjalnego uznania bliskich za zmarłych w świetle prawa cywilnego. Dopóki ziemia – być może właśnie ta w podpułtuskich lasach – nie wyda ciał Oli i Zbigniewa, bliscy wciąż będą żyć w cieniu tamtego koszmarnego kwietnia 2006 roku. Ta sprawa na zawsze pozostanie przestrogą, że najmroczniejsze ludzkie dramaty mogą rozgrywać się tuż za płotem naszej własnej, spokojnej działki.

 

 

red.


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama