Spotkanie autorskie odbędzie się we wtorek, 20 października, o godz. 17, w Pułtuskiej Bibliotece Publicznej
im. Joachima Lelewela. A poniżej prezentujemy wywiad z autorką.
RITA, KŁOPOTY I JA
Marzenia nie mają daty ważności – tylko trzeba po nie sięgnąć. Po drodze mogą pojawić się przeszkody, trudności, kłopoty, mimo to warto. A potem pisze się książkę… - Mówi Iza Koba, której debiutancka powieść ,,Rita, kłopoty i ja” ukaże się 15 października pod szyldem Szarej Godziny. To pełna ciepła i humoru historia o kobietach, które mimo przeciwności nie rezygnują z siebie.
Pani Izo, witamy w gronie autorek Szarej Godziny. Czy mogłaby Pani powiedzieć kilka słów o sobie?
Dziękuję za powitanie. Chętnie się przedstawię. Jestem z zawodu dziennikarką, moderatorką spotkań i warsztatów, z wykształcenia polonistką. Łączę zainteresowanie słowem i książkami z genealogią. Lubię dzielić się wiedzą i pasjami, rozmawiać i opowiadać historie. Żona, mama i matka chrzestna, Mazowszanka od pokoleń po kądzieli, z korzeniami po mieczu na Podkarpaciu, mieszkam w Ciechanowie, na Mazowszu Północnym. Angażuję się jako społeczniczka i wolontariuszka. Cenię małe ojczyzny i amatorski teatr. Piszę powieści.
W październiku ukaże się Pani książka „Rita, kłopoty i ja”. Kim jest Luiza, bohaterka powieści?
Luiza to kobieta po czterdziestce, żona pracującego poza granicami kraju eksportowca, mama nastolatka i prawie nastolatka, pani domu, kota i rybek oraz pełnoetatowa dziennikarka. Dziewczyna z sąsiedztwa, która dostaje nagle szansę spełnienia swojego marzenia. Taka historia może się zdarzyć każdej z nas.
Luiza spontanicznie podejmuje się głównej roli w amatorskim spektaklu „Edukacja Rity”. Nie miała Pani ochoty krzyknąć do niej: „Kobieto, masz na głowie pracę, dom i synów. Po co dorzucasz do tego jeszcze teatr?”.
Przyznaję, w pewnym momencie miałam ochotę stać się głosem rozsądku Luizy i krzyknąć: „Daj sobie spokój, odpuść! Za dużo tego wszystkiego”. Ale nie mogłam tego zrobić. Rola Rity w kultowej sztuce Willy’ego Russella była ważnym marzeniem Luizy. Skoro otrzymała szansę jego spełnienia, pomyślałam: „Niech gra!”. I kibicowałam jej na tej drodze.
Synowie nie są zachwyceni pomysłem, przyjaciółka również, a na dodatek szef, prezes Grzegorz Mocny, wykazuje się specyficznym zamiłowaniem do hazardu…
Jakby bohaterka miała za mało kłopotów, szef… proponuje jej zakład. Stawka jest wyższa niż udział w spektaklu. Jeśli Luiza wystąpi i zachwyci publiczność, wygra i zapewni sobie uznanie oraz stabilną pracę. Jeśli się wycofa lub skompromituje na scenie, przegra, a wtedy straci status poważnej dziennikarki oraz etat. Postawiona pod ścianą, przyjmuje zakład.
Luiza stara się godzić rolę matki, dziennikarki i aktorki, ale ma problemy z zarządzaniem poczuciem winy – znowu zawiodłam, znowu mnie nie było… Typowe dla kobiet?
Typowe dla wielu z nas. Staramy się pogodzić różne role, we wszystkich chcemy być dobre lub bardzo dobre, a nawet perfekcyjne, i kiedy nie dajemy rady, mamy poczucie winy. Często nie wynika ono z właściwej oceny sytuacji, gdy zrobiłyśmy coś złego lub czegoś ważnego zaniechałyśmy, tylko z nieprawidłowej oceny i wygórowanych wymagań wobec samych siebie oraz przedkładania potrzeb innych nad własne. Moja bohaterka łapie się na tym, że dawno nie zrobiła czegoś tylko dla siebie.
Co sprawiło, że przez ponad dwadzieścia lat Luiza marzyła, by zagrać Ritę?
Nie wiem, czy Luiza umiałaby na to pytanie odpowiedzieć (uśmiech). Nie myślała latami o tym marzeniu, nie śniła o nim. Okazało się ono silniejsze niż przypuszczała. Dlaczego? Rita to wyzwanie nawet dla zawodowej aktorki. Inteligentna, mająca poczucie humoru i urok osobisty kobieta, mimo wieku, braku wsparcia i przeszkód, zapisuje się na uniwersytet otwarty. Pokonuje swoje słabości i ograniczenia i zdobywa upragnione wiedzę, umiejętności i obycie. W jej życiu zachodzi wyczekiwana zmiana, w niej samej też, jednocześnie Rita zostaje sobą. Udowadnia, że warto sięgnąć po swoje marzenia. Luiza też po nie sięga.
Podczas prób Luiza mierzy się nie tylko z rolą Rity, ale przede wszystkim z własnymi lękami i ograniczeniami. Co najbardziej ją zmienia?
Trudno odpowiedzieć jednoznacznie. Na pewno zmienia ją wyjście z ról: poważnej i szanowanej dziennikarki oraz odpowiedzialnej żony i matki, i wcielenie się w studentkę-fryzjerkę, jak się okazuje, mimo różnic bliską. Kobietę, od której można się wiele nauczyć.
Mężczyźni w książce składają się na barwną galerię postaw. Mąż, szefowie, wujek Stefan, reżyser, który wymaga artystycznych poświęceń w warunkach polowych. Trochę się z nich Pani podśmiewa…
Patrzę z przymrużeniem oka na ich niektóre zachowania, postawy, wady, z których nie zawsze zdają sobie sprawę. Piszę też o nich poważnie, bo nie wszystko da się opisać z humorem. Oprócz wspomnianych mężczyzn na kartach powieści goszczą i inni. Przed nich wysuwają się równie malownicze kobiety, które mimo przeciwności nie rezygnują z siebie. Obserwując je, też się chwilami uśmiecham. Staram się patrzeć, zarówno na bohaterki, jak i bohaterów z sympatią i w większości przypadków mi się to udało.
Dlaczego akcja rozgrywa się w Ciechanowie i Pułtusku?
Oba miasta dobrze znam, w obu mieszkałam i oba mają szczególne miejsce w moim sercu. Akcja dzieje się i w innych miejscach, o kilku następnych wspominam, ale najczęściej wraz z bohaterką jesteśmy w Ciechanowie i Pułtusku. Ta historia to swoisty hołd dla obu miast.
Książka jest inspirowana prawdziwym wydarzeniem. Czy może Pani o tym opowiedzieć?
Z przyjemnością. Inspiracją dla mnie stała się rola w amatorskim teatrze i udział w przeglądzie-konkursie (uśmiech) – wyzwanie i wspaniała przygoda. Tak, zagrałam Ritę! We wspomnianym wyżej Pułtusku. Ale moja powieść nie jest książką autobiograficzną, a postacie i wydarzenia są fikcyjne. Gdybym miała takie kłopoty jak Luiza, nie wiem, co by się stało… (śmiech).
Czy od początku wiedziała Pani, że chce napisać historię, która będzie jednocześnie zabawna i dodająca otuchy?
Tak, od początku towarzyszył mi taki zamysł. Miałam tytuł, który uległ nieco zmianie, bohaterkę z potencjałem i marzeniem oraz pragnienie, by historia Luizy była pełna ciepła, zabawna i podnosząca na duchu. Cieszę się, że według Pani taka jest. Chciałam też, by imię w tytule odnosiło się nie tylko do postaci z kultowej sztuki. I z nim również wiąże się nadzieja.
Jaką myśl chciałaby Pani zostawić czytelniczkom po zamknięciu ostatniej strony powieści „Rita, kłopoty i ja”?
Marzenia nie mają daty ważności – tylko trzeba po nie sięgnąć. Po drodze mogą pojawić się przeszkody, trudności, kłopoty, mimo to warto. A potem pisze się książkę (uśmiech).


